Aktualności

Na ratunek orlikowi

Dorosły orlik krzykliwy. Fot. J. SebastianW województwie opolskim, w borach stobrawskich mamy skromną populację orlika krzykliwego – ciekawostką jest to, że jest ona dość mocno wyodrębniona na mapie występowania tego majestatycznego szybownika w naszym kraju – będąc jednocześnie stabilną. Sam monitoring opiera się na obserwacji znanych rewirów jak i wyszukiwaniu nowych, penetrując lasy zimą i wypatrując ptaki w sezonie, które nie rzadko bywają trudnymi do wypatrzenia w potencjalnie przyjaznym biotopie. Prace osiągają szczyt w momencie odwiedzenie zajętych stref i sprawdzeniu sukcesu. W tym roku jest dobrze, choć jeden przypadek chciałbym przedstawić bliżej….

 

Minionej niedzieli ok 05:30, począwszy od sowitego rozsmarowania repelentu, poprzez wdzianie rynsztunku wraz ze sprzętem czyli lornetką i lunetą swobodnie przystąpiłem do sprawdzania gniazd orlika opolskiej ‘populacji’. Strefa podmokła i bogata (w komary również), świt pięknie oświetlał czubki drzew, gdzie już po chwili na jednym z nowo uschniętych jesionów wypatrzyłem dorosłego. W podszycie spowitym półmrokiem zostałem niezauważony mogąc nacieszyć oko skąpanym w porannym słońcu dorosłym orlikiem, do gniazda została jeszcze chwila przeprawy przez zarośla z wykrotami i błoto więc minęło trochę czasu nim postanowiłem ruszyć - niechybnie płosząc ptasiora. Poziom pozytywnego nastawienia wzrastał od samego świtu, dorosły w rewirze oznaczał prawie pewne potwierdzenie sukcesu lęgowego w postaci młodego na gnieździe. Jak to się często zdarza żywota sprowadzają nas szybko na ziemię gdy poziom zadowolenia niepokojąco wzrasta. Jest gniazdo, młodego nie widać, pobieleń skromnie choć w tym miejscu zakrzaczenia rzedną, resztki puchu widoczne na gnieździe, gdzie także odrobina pobieleń, lotka dorosłego, ale ni łba, oka ni dzioba czy kawałka skrzydła dostrzec nie mogę, podejrzewając późną stratę.

Tymczasem przepłoszony wcześniej adultus pojawia się kilkukrotnie wzbudzając we mnie podejrzliwość - taka już ze mnie nieufna bestia – zatem zaczynam 'wędrować' po okolicy bogatej we wspomniane już wcześniej udogodnienia szukając śladów, jednocześnieGniazdo orlika krzykliwego. Fot. J.Sebastian wytężam słuch czy aby młody nie nawołuje gdzieś z okolicy - choć lotny młody o tej porze byłby dla mnie zaskoczeniem - lecz nie można tego wykluczyć. Półtora godzinne wytężanie wzroku, słuchu, zjadanie komarów oraz grzęźnięcie w błocku tylko utwierdza mnie w mej podejrzliwej naturze. Znajduję kilka 'stanowisk' odpoczynkowych, pobielenia rozsiane po strefie a wytrwałość dorosłego gruntują me przekonanie, że młody choć nie jest w gnieździe to gdzieś być musi.

Czas płynie nieubłaganie, a stref do sprawdzenia zostało jeszcze na cały dzionek....trudno, co zrobić - zabieram nogi za pas i swobodnie (czytaj w miarę możliwości) oddalam się ku cywilizacji. Nie wierząc w powodzenie wygramalam się z dziczy ostatni kawałek pokonując po zwalonym pniu sporej olchy i.... JEST!!! Pomiędzy dwiema olchami w zagłębieniu dostrzegam młodego, zaskakująco młodego, ze sporą ilością puchu, oraz nie wyrośniętymi do końca piórami - siedzi niczym puchacz na swym prowizorycznym gnieździe na ziemi :) radość mnie ogarnia i szybko umawiam się telefonicznie z Jankiem ustalając, że wracając ze swej powierzchni wpadnie założyć mu obrączkę, a potem spróbujemy go umieścić znów w gnieździe.

Udałem się więc sprawdzać resztę.... jedna z ostatnich stref: słońce, temperatura i komary w szczycie formy, ja z kolei popadam w marazm podczas monotonnego wypatrywania ruchu w kolejnym gnieździe… z tego stanu wyrywa mnie żuraw drący się z mojego telefonu – Janek - szybkie ustalenia i ok 1h później jesteśmy przy maluchu, który już zmienił swą pozycję, zapewne po porannym spotkaniu, w tym czasie Młody orlik na prowizorycznym gnieździe. Fot. J.Sebastiandociera do nas Adam. Przy młodym znajdujemy świeży pokarm – kroczek karpia – więc dorosłe spisują się dobrze. Komary niemal unoszą nas w powietrze, tnąc małego również, my przygotowujemy miejsce, Janek wyciąga obrączki, ja ubieram szelki starając się myśleć tylko o szybkim wejściu w drzewołazach, a zaznaczyć trzeba iż nie jestem specem, ogólnie szybka akcja aż tu nagle żywot marny znów bierze górę. Okazuje się, że młody ma uszkodzone skrzydło, zapewne podczas upadku z gniazda....realia tradycyjnie bywają dobijające, emocje opadają razem z rękami, ptak do wora i do Wrocławia po wcześniejszych ustaleniach z lekarzem weterynarii zajmującym się ptakami i współpracującym z Jankiem.

Po dywagacjach na temat zaistniałej sytuacji rozstajemy się w atmosferze niedosytu, a wieczór i poranek spędzam z mieszanymi uczuciami. Niby sukces ładny, gdyż większość, która przystąpiła do lęgów ma młode, a w dwóch strefach wymaga to potwierdzenia – zaniepokojone dorosłe obecne lecz młode nie wypatrzone. Jednocześnie sytuacja młodego po upadku rodzi niepokój. Na szczęście otrzymuję telefon, iż po prześwietleniu złamanie okazało się nie aż tak straszne, wybicie również, więc spore szanse aby ów Ci on polatał jeszcze, pierwszy raz mu nie wyszedł, bo i jak w takim upierzeniu latać. Za trzy tygodnie dowiemy się więcej, potem rekonwalescencja, wszystko to powinno przynieść jakże oczekiwany skutek – samodzielną zdolność do lotu oraz wypuszczenie na wolność pechowego orlika - przynajmniej taką mamy nadzieję. Być może zmuszony będzie do zimowania w wolierze, jednakowoż odrobinę mi ulżyło.

(w akcji ratunkowej uczestniczyli poza autorem: Jan Lontkowski i Adam Czubat _ przyp. Administrator)